Parafia Św. Mikołaja Biskupa

DIECEZJA
SIEDLECKA

   

20 maja 2018 r. Imieniny obchodzą: Aleksander, Bernardyn, Bazyli

  Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia    
LITURGIA SŁOWA


Ewangeliarz OP Oremus
Czytania:
Dz 2,1–11; Ps 104, 1ab i 24ac.29bc–30.31 i 34; Ga 5,16-25
Ewangelia:
16,12-15

Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

Linki
Diecezja Siedlecka
Katolickie Radio Podlasie
Podlaskie Echo Katolickie
EKAI
Episkopat
 
Serwis informacyjny KRP

Bieg Kolarski o Puchar Henryka Sienkiewicza /ZDJĘCIA/

Śmiertelny wypadek na DK-62. Spore utrudnienia w ruchu

Jubileuszowy piknik Mostostalu Siedlce i koncert WILKÓW /ZDJĘCIA/

Pędził ponad 150 km/h w zabudowanym, bo spieszył się do syna

Miał kolizję z kotem. W auto uderzył też pijany 14- latek na rowerze

Tragedia na DK - 19. Nastolatek zginął w wypadku

Kryminalni zlikwidowali uprawę marihuany

Radzyń Podlaski: Otwarto celę nr 6

Nowe Iganie: Pijany kierowca wjechał na rondo i uciekł

Studzianka: Pożar suszarni drewna

Chciała pomóc szczęściu? Ukradła kilkaset zdrapek

Słuchaj na żywo KRP


        

 
O Parafii
Bliżej o ...
Historia
Kancelaria
Kontakt
Wsparcie Zabytku
Godziny Mszy Świętej
Panorama Krześlina i okolic
 
Wydarzenia
Aktualności
Archiwum
Nawrócenia
 
Duszpasterstwo
Chór Parafialny
Koło Przyjaciół
Kółka Różańcowe
Służba Liturgiczna
Zespoły Liturgiczne
 
 
 
Nawrócenia
 
 

 

Wybierz kategorie:

Jan Budziaszek - perkusista Skaldów

Historia mojego nawrócenia rozpoczęła się na przełomie marca i kwietnia 1945 roku, kiedy miałem w łonie matki około miesiąca. Po aresztowaniu ojca przez UB matka moja została bez środków do życia. Znajomi, a także krewni, doradzali jej, aby usunęła dziecko, ponieważ nawet mojemu bratu - Adamowi, który miał wtedy pięć lat, nie miała co dać jeść. Mama wzięła Różaniec do ręki i ...


                                                                                          
           Wielka była radość na ulicy Bonarka 5 w Krakowie, kiedy 21 listopada 1945 roku, w Święto Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny 5,5 - kilogramowe stworzenie ujrzało świat.

          W 1947 zapisano mnie do Milicji Niepokalanej (miałem wówczas półtora roku i nikt nie pytał mnie o zgodę). Na mojej legitymacji członkowskiej, w miejscu „Podpis Księdza Moderatora”, widnieje własnoręczny podpis o. Maksymiliana Kolbe. Widocznie podpisał kilka in blanco. Wielu spraw nie rozumiem. Dlaczego właśnie ja? 

          Jestem muzykiem - samoukiem. Z wykształcenia natomiast jestem chemikiem. Gram od bardzo dawna, lecz swój pierwszy krok uważam za spotkanie z Tomkiem. Było to w 1966 roku. Lubiłem jazz, prawie codziennie chodziłem do jazz - klubu przy ulicy Świętego Marka 15 i słuchałem Tomasza Stańki. Kiedyś Tomek przebudowywał swoją orkiestrę i potrzebował jakiegoś „sparringpartnera”, który by mu pomagał w pracy. Byłem w pobliżu, spróbowałem więc swoich sił i tak zostałem perkusistą. 

          Grałem przez pół roku ze Stańką. Później, w jakiś dziwny sposób, zgłosił się do mnie Andrzej Zieliński i powiedział, że szuka bębnisty. Bardzo się z tego ucieszyłem. Po paru miesiącach edukacji dostałem się do Skaldów. Wtedy, w 1966 roku, Skaldowie byli bardzo popularni, tzw. szpica polska. Tam odbywałem długą, kilkunastoletnią naukę u Andrzeja, który bardzo dużo mi dał jako nauczyciel i przywódca grupy. Marzyłem jednak cały czas, aby jeszcze grać jazz. 

          W latach 1979 - 1987 miałem przerwę we współpracy ze Skaldami. Grałem wtedy m. in. w zespołach takich jak: Playing Family, której byłem także współorganizatorem, Extra Bali Jarka Śmietany, Kwartet Janusza Muniaka, Grupa pod Budą oraz z Marylą Rodowicz. Oprócz tego jestem „wolnym strzelcem”, tzn. grywam w praktyce ze wszystkimi. 

          Szukałem Boga w wielu różnych religiach, dużo podróżowałem, spotykałem różnych ludzi. Interesowała mnie zwłaszcza filozofia Wschodu. Może dlatego, że widziałem na Wschodzie wielki entuzjazm religijny. W Indiach nie znam innej muzyki poza muzyką sakralną i obrzędową. Prawie wszystko, co grają Hindusi est modlitwą. 

          Nie wiem, jak to się stało, ale w sierpniu 1984 roku zgłosiłem w mojej parafii NMP z Lourdes w Krakowie, że mogę przenocować u siebie w mieszkaniu kilku pielgrzymów wyruszających z pielgrzymką krakowską do Częstochowy.

         Cztery dni przed planowanym wyjściem zatelefonowano do mnie z pytaniem, czy nie zgodziłbym się przyjąć wcześniej siedemnastu pielgrzymów z RFN. Co miałem zrobić? Oczywiście, że przyjąłem. Byłem w domu sam. Żona z dziećmi wyjechała na wakacje. Przygotowywałem się do wyjazdu na Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, gdzie miałem akompaniować Maryli Rodowicz. Tymczasem pielgrzymi urządzali w moim domu minifestiwal piosenki religijnej. Od rana ćwiczyli polskie pieśni, tak że między innymi kilka razy dziennie musiałem wysłuchiwać „Schwarze Madonna”. Właśnie ta pieśń zaprowadziła mnie. Prosto z pielgrzymki wylądowałem w Operze Leśnej w Sopocie na próbach festiwalowych. I oto pojawiło się przerażenie. Co ja tu robię? Na pielgrzymce śpiewaliśmy nieczysto, nierówno, „niezawodowo”, ale było tam „coś”, co jest najważniejsze w sztuce - miłość do sprawy, którą się chce przekazać. 

          Na festiwalu zaś było wszystko „zawodowo”. W większości przypadków piosenkarzom zależało na tym, aby się podobać i zdobyć nagrodę. Natomiast treść schodziła jakby na drugi plan. Jeszcze, jakby na potwierdzenie mojego odkrycia, jedna z piosenkarek (z ościennego kraju) śpiewała swoją piosenkę, stojąc na głowie. Było to zresztą jedyny taki przypadek w historii festiwalu sopockiego. Podszedłem do niej w czasie jej próby, ustawiłem się w podobnej pozycji i patrzyłem w jej zmęczone oczy. Reżyser festiwalu krzyknął: 

- Panie Budziaszek, proszę nie przeszkadzać artystce! 
-Chciałem się tylko dowiedzieć, o co jej chodzi - odpowiedziałem. 

          Ona zaś starała się mnie przekonać, że chodzi jej o lepszy wyraz artystyczny. Chciałem stamtąd uciekać, ale byłem związany kontraktem. Zagrałem więc z Marylą, zresztą z wielkim sukcesem, kilka jej przebojów takich, jak: „Małgośka”, „Wsiąść do pociągu” czy „Niech żyje bal”.

           Po tej pierwszej pielgrzymce jeszcze nic nie wskazywało, że zamienię źródło moich natchnień i alkohol i marihuanę na Tabernakulum i Różaniec. 

          Następnego lata (1985 roku) byłem już normalnym pielgrzymem, idącym z plecakiem na Jasną Górę. Teraz Maryja włożyła mi do ręki Różaniec. A stało się to w ten sposób: ostatni etap pielgrzymki to droga od murów do kaplicy Matki Bożej. Etap ten trwa nieraz dwie godziny i dłużej. Szedłem na końcu pierwszej grupy. Druga grupa, polsko - włoska, odmawiała Różaniec. Na przemian po włosku i po polsku. Po powrocie do Krakowa spędziłem piętnaście dni z kolejnymi tajemnicami Różańca. Od rana do wieczora zbierałem wszystkie przemyślenia i modlitwy związane z tajemnicą dnia. Od tej pory Różaniec jest dla mnie tą drogą, którą jedni nazywają drogą do Jezusa, a ja drogą do wolności. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ten, kto odmawia codziennie pięć dziesiątków Różańca po roku nie wszedł na drogę do wolności.

 




< powrót


 

 
     

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR